Autobiografia Franza Bardona zaczyna się słowami "Przeludniona sala wykładowa klubu pełna była ekscytacji..." i tak właśnie było w rzeczywistości, o czym mogę zaręczyć. Po raz pierwszy zobaczyłem Mistrza Frabato we wrześniu 1947 roku, na wykładzie w Teatrze Ludowym w Ostrawie. Po wykładzie poszedłem do hotelu Imperial, gdzie zatrzymywał się Franz Bardon. Przyszedłem tam zapytać go, czy przyjmie mnie na ucznia. Odpowiedział mi, że w tym momencie ma komplet uczniów uczniów i skoro mam tylko 16 lat, to jestem na to zbyt młody, nie popełniłem grzechów i nie mam żadnych pasji. Nie posiadam zatem żadnego zapasu mocy, którego potrzeba dla rozwoju. Poszedłem do domu w bardzo ponurym nastroju. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego najpierw muszę trafić do rynsztoka i się oczyścić, by realizować szlachetniejsze cele.
Do tego momentu moje życie było mało znaczące. Żyłem, zgodnie z naszą tradycją, jako praktykujący wierny. Chodziłem codziennie do spowiedzi i komunii, robiłem tylko dobre uczynki, zgodnie z kodeksem harcerzy i nagle te wszystkie rzeczy wydawały się niewłaściwe. Pomyślałem wtedy o słowach Mistrza Frabato i zdałem sobie sprawę z tego, że miał rację. Mimo to byłem mocno przekonany, że istniał jakiś sposób, bym stał się uczniem hermetyzmu nie wykonując złych uczynków i nie rozwijając żadnych pasji.
Moja znajoma przypadkowo wspomniała, że zna Franza Bardona. Podała mi jego adres i pewnej niedzieli wybrałem się do Troppau/Opawy w pełnym harcerskim rynsztunku. Mój plecak pełen był jedzenia, gdyż po wizycie u Mistrza Frabato zamierzałem urządzić sobie piknik na otwartej przestrzeni. Gospodyni Mistrza Frabato prawie umarła ze śmiechu, gdy zobaczyła mnie w szortach i mundurze, gdy śmiało przedstawiłem się jej jako uczeń Mistrza. Teraz jednak sytuacja stała się poważniejsza. Mistrz oczywiście był w pełni świadomy tego, co zaszło, lecz mimo wszystko zaprosił mnie do środka. Dla sprawdzenia mnie, a może tylko dla pozbycia się mnie, natychmiast dał mi pierwsze zadanie. Miałem praktykować określone ćwiczenia koncentracji. Najpierw miałem się koncentrować na kolorze każdego z czterech elementów przez co najmniej dziesięć minut, a następnie na pustce umysłu przez pół godziny bez żadnego wewnętrznego lub zewnętrznego zakłócenia. Miałem ponownie go odwiedzić, gdy już to osiągnę. Wykonanie tych ćwiczeń zajęło mi miesiąc, po czym wróciłem do Mistrza. Od tej pory moje zadania szły tak, jak są opisane w pierwszej książce Franza Bardona, Wtajemniczenie do Hermetyzmu. W tych czasach jego książki jeszcze nie powstały. Wszystko było mi podawane ustnie pod przysięgą tajemnicy.
Mieszkałem daleko od Opawy, więc zawsze umawiałem się na wizytę u Mistrza, a nasze spotkania zazwyczaj odbywały się w weekendy. Ilekroć jego gosposia miała dni wolne w sobotę i niedzielę, sami się wszystkim zajmowaliśmy. Mistrz wtedy gotował i pamiętam, że był bardzo dobrym kucharzem. Podczas jednego z takich dni podał obiad składający się z zupy z mięsem kozła i z koźlej pieczeni. W normalnych okolicznościach nigdy bym takiego jedzenia nie zjadł, gdyż było to sprzeczne z moim gustem. Mistrz przygotował jeszcze mączne kluski i tworzyło to całość obiadu. Uważałem, że jest to jakiś rodzaj testu, lecz ostatecznie wszystko było dość smaczne.
W Opawie, dom Mistrza stał pod adresem Obloukova 22. Tutaj miał on swoją praktykę, a sam dom istnieje do dnia dzisiejszego. Drzwi frontowe były pomalowane na zielono i miały przymocowaną mosiężną tabliczkę z napisem "Frantisek Bardon, Grafolog". Był on również grafologiem w sądzie i był zaprzysiężonym ekspertem w sprawach charakteru pisma. Jeśli ktoś zadzwonił do drzwi, na piętrze otwierało się okno i Mistrz pytał: "Kim jesteś i w jakiej sprawie?". W Przypadku, gdy prośby dotyczyły spraw zbyt delikatnych lub zbyt podstępnych, mówił, że nie będzie mógł pomóc. Oczywiście takie informacje uzyskiwał poprzez jasnowidzenie. Kiedy już wchodziłeś do domu, witało cię tysiąc zapachów. Na werandzie stały beczki wypełnione fermentującymi ziołami. Mistrz sporządzał z nich tynktury, krople, ekstrakty, arkana, kwintesencje i eliksiry przygotowywane w sposób spagiryczny. Do fermentowania ziół używał czystego miodu, dostarczanego przez syna Lumira, który hodował pszczoły. Gdy proces fermentacji był ukończony, substancje były filtrowane, destylowane, a następnie dalej przetwarzane alchemicznie. Szczegóły tych procesów wykraczają poza zakres niniejszej książki. Mistrz zwykł często mawiać: "Te procesy są takie proste". Dzisiaj wiem, że tak jest faktycznie. Planował opisać to wszystko w piątej książce (piątej karcie Tarota). Niestety nie doszło do tego przez fatalne okoliczności związane z duchowym rozwojem pani Otti Votavovej.
Powszechnie wiadome jest, że był on również naturopatą i wielu ludzi szukało jego pomocy. Studia w tym zakresie ukończył w Monachium. Jednak w czasach i miejscu, w którym żył, jego akademickie osiągnięcia nie liczyły się w dużym stopniu.
Podał mi nazwisko profesora, który kierował Collegium naturopatii w Monachium, lecz nie pamiętam go. Fotografia pochodzi z jego czasów studenckich i Franz Bardon stoi na niej wśród innych studentów.
Pamiętam przypadek, gdy w październiku pewnego roku widziałem w jego domu dyplomowaną pielęgniarkę. Cierpiała na stwardnienie rozsiane - jest to choroba bardzo trudna do uleczenia, a większość ludzi uważa ją za nieuleczalną. Lecz na Sylwestra tego samego roku, po przyjęciu lekarstw od Mistrza, poszła z mężem na bal i tańczyli do wczesnych godzin porannych. Mistrz leczył głównie te biedne dusze, które zwyczajna medycyna uważała za nieuleczalne. Cierpiący ludzie przychodzili do niego po pomoc z różnych krajów Europy. Stał się znany przez to, że każdego leczył najlepszymi środkami.
Chciałbym bliżej opisać dom Mistrza. Po wspięciu się na drewniane schody, dochodziło się do pierwszego piętra. Za drzwiami była kuchnia, wyposażona w piec gazowy i piec na węgiel, w którym Mistrz przeprowadzał destylacje. Za kuchnią była łazienka. W niedzielę wieczorem, po kąpieli kładł się na krótką drzemkę. Budził się jednak przed północą, pił filiżankę mocnej kawy i zapalał papierosa. Do dzisiaj pamiętam jego zapach. Potem przygotowywał się do wyjścia by przeprowadzić ewokacje. Ubierał się odpowiednio, brał okulary, laskę, która ukrywała sztylet i zakładał futrzaną czapkę. Następnie udawał się do odosobnionego miejsca, które prawdopodobnie tworzyło potrzebne napięcie. Nigdy nie mówił, gdzie szedł, a raz tylko wspomniał o jakichś strażnikach. Nie wiem, kiedy wracał, bo do tego czasu już spałem. Zazwyczaj spałem w pokoju gościnnym, który za dnia był poczekalnią. W tym pokoju była również biblioteczka, zawsze zamknięta na klucz. Nie byłem z tego powodu zadowolony, chociaż nie skarżyłem się, gdyż Mistrz dał mi większość swoich książek do przeczytania. Istniały jednak bardzo tajemne pisma, arkana, które mogły być dość niebezpieczne, na przykład opisując proces tworzenia Kamienia Mędrców.
W pokoju gościnnym stało duże magiczne lustro, o średnicy około jednego metra. Magiczne lustro było przymocowane do drewnianego stojaka, na którym mogło się obracać i zazwyczaj było przykryte czarnym aksamitem. Czasami budziłem się ze snu i widziałem, że czarny aksamit został zdjęty. Czytelnik może znaleźć więcej informacji o celu i sposobie użycia magicznego lustra w drugiej książce Franza Bardona, Praktyka magicznej ewokacji. Ilekroć światło pełni księżyca padało na drobinki złota w lustrze, lśniły one jasno i działo się wiele szczególnych rzeczy.
Mistrz zawsze był wcześnie na nogach. Gdy wstawałem, jedliśmy śniadanie, które składało się najczęściej z kanapek i kawy z mlekiem. Potem pomagałem mu z pracami w domu lub towarzyszyłem mu na zakupach czy przy czymkolwiek innym, czym należało się zająć. Raz nawet malowałem futryny okien, a innym razem towarzyszyłem mu u krawca. Czasami jeździłem z nim na występy, lecz samochód był tak mały, że nas dwóch nie miało prawie w ogóle miejsca. Musieliśmy bowiem brać ze sobą różne sprzęty konieczne dla wystąpienia. Kiedy występował w małych miejscach, ja sprzedawałem bilety i gdy nocą wracaliśmy do domu, rozmawialiśmy o różnych sprawach. Wszystko co o jego wystąpieniach napisane jest we Frabato to prawda, a czasami było to nawet dużo więcej. Ubrany w strój jogina kładł się na tłuczonym szkle, podczas gdy ktoś stawał na jego klatce piersiowej i Mistrz nie doznawał żadnej krzywdy. Albo zatrzymywał swój puls w jednej ręce i wykonywał wiele innych zjawisk, które są dobrze znane dobrze wykształconemu magowi.
Ilekroć zostawałem na niedzielę, jeździliśmy na obiad do jego żony, dzieci - Marii i Lumira - oraz teściowej. Żyli oni w części miasta Opava-Kylesovice lub po niemiecku Troppau-Gillschwitz. Obiad był zręcznie przygotowany przez jego teściową, Marię. Z tęsknotą myślę o jej specjalności, kiszonej kapuście przyrządzonej po śląsku, z zapiekanymi ziemniakami z cebulką i ze sznyclem z panierowanej wieprzowiny. Teściowa lubiła Franza. Mieli mały domek z małą farmą - około 8,5 ara ziemi - z krowami, dwiema kozami, dwiema świniami i z ptactwem. Za stodołą był też ogród i to wystarczało, by ich wszystkich wyżywić.
Jego teściowa pamiętała pewne wydarzenie, które miało miejsce przy żniwach. Gdy zbierali już ostatni ładunek zboża, zaczęło grzmieć. Zbierały się czarne chmury i za chwilę miała pojawić się ulewa. To co zaszło potem, opisała tak: "To właśnie wtedy Franz kontrolował chmury. Wyglądał bardzo władczo, wypowiedział cicho kilka słów i uczynił kilka gestów dłońmi i palcami. Na początku nic się nie stało, lecz stopniowo chmury się zatrzymały, rozdarły się na części, wiatr stawał się coraz słabszy, a duszne powietrze ustąpiło. Wkrótce znowu świeciło słońce. Jednak z odległych grzmotów można było wywnioskować, co mogło nas spotkać".
Po niedzielnym obiedzie dziękowałem za poczęstunek i udawałem się do domu, podczas gdy Mistrz zostawał z rodziną. Wieczorem, Mistrz zazwyczaj wybierał się z żoną do kina lub do teatru. Potem wracał do domu, gdzie pracował każdą wolną chwilę. Po nocnych ewokacjach, nagrywał swoją wiedzę i doświadczenia na dyktafon dla swojej asystentki i uczennicy, pani Votavowej w Pradze. Nazwisko Otti Votavowej, jak również żony i syna Franza Bardona, wymienione są w dedykacjach jego książek.
Franz Bardon prowadził grupę uczniów w Pradze. Jedna z uczennic namalowała karty Tarota, które znajdują się w jego trzech książkach.
Często wychodził zbierać zioła lecznicze. Czasami, jeśli potrzebował specjalnych korzeni, to ja i jego syn Lumir, który również był jego uczniem, musieliśmy ich szukać. Pamiętam jedno szczególne ziele, którego szukaliśmy; był to przestęp biały (Bryonia alba). Ostatecznie znaleźliśmy go po długich poszukiwaniach na odosobnionym murze daleko od Opawy. Wiele z rzadkich ziół - jak na przykład rosiczka - kupowaliśmy w aptece. Mistrz wykonywał z rosiczki kwintesencję do leczenia wysokiego ciśnienia krwi. Gdy było to potrzebne, w poszukiwaniu ziół pomagał mu syn, córka, a nawet gosposia. Jego lekarstwa miały głównie naturę homeopatyczną. Mistrz prowadził katalog opisów przygotowania lekarstw w książce z diagnozami, odpowiednimi lekarstwami i wielkością rozwadniania. Ta książka została skonfiskowana przez policję. Gdy spytałem o nią podczas moich przesłuchań, powiedziano mi, że została zniszczona tak jak wszystkie pozostałe.
Franz Bardon poznał swoją żonę albo przez przypadek albo przez los, gdy przyszła do niego z fotografiami dwóch mężczyzn, a jednego z nich zamierzała poślubić. Właśnie dlatego przyszła do Mistrza: by dowiedzieć się, który z nich będzie jej przyszłym mężem. Dał jej bardzo wymijającą odpowiedź, że jej przyszły mąż będzie mniej więcej tak samo wysoki jak on sam, będzie miał podobne oczy i nos i ogólnie będzie wyglądał tak jak on. Nie powiedział jednak nic więcej. Jakiś czas później, wynajął pokój w jej domu rodzinnym w Gillschwitz. Był to bardzo mały pokój na strychu, o wymiarach 2x2m. Było tam tylko miejsce na łóżko, malutki stoliczek, taboret i półkę na książki.
W tym domu zachowało się kilka jego osobistych rzeczy, na przykład instrumenty do elektryzowania i magnetyzowania i inne przyrządy, których naturopata używał w tamtych dniach jako bardzo nowoczesnych sprzętów. Osobiście patrzyłem, gdy używał ich do promieniowania ozdrawiającymi substancjami i objaśniał mi jak się to robi. Ciężko jest sobie wyobrazić, jak wiele cudów odbyło się w tym małym miejscu. Jego żona wspomniała, że gdy przepisywała dla Mistrza pewne magiczne formuły i wymówiła je niskim głosem, nagle czarny kogut pojawił się w pokoju i zaczął po nim latać. Przeraziła się, lecz pamiętała słowa Mistrza i wykrzyknęła słowo: "Adonai!", a zjawa natychmiast zniknęła. Pewnego wieczoru, gdy towarzyszyła Mistrzowi, na ulicy podszedł do nich mnich. Mistrz zapytał ją: "Czy widzisz mnicha?". Gdy odpowiedziała "tak", mnich od razu zniknął.
Pani Bardon dość często towarzyszyła mężowi w jego podróżach. Na przykład, była z nim w Dreźnie, gdzie badał kamień z runicznymi inskrypcjami, w części miasta, którą nazywano Radebeul. Innym razem towarzyszyła mu w Wiedniu, gdzie odwiedzali znaną podróżniczkę zwiedzającą Tybet, Alexandrę David-Néel.
W czasie aresztowania, Franz Bardon miał w posiadaniu kilka książek z bibliotek w Dreźnie i Berlinie. Po jego śmierci, pani Bardon poprosiła policję o oddanie tych książek, a gdy je otrzymała, oddała odpowiednim bibliotekom. Franz Bardon napisał również kilka manuskryptów pod pseudonimem "Arion".
Powróćmy na chwilę do domu Franza Bardona, gdzie prowadził swoją praktykę. Gabinet znajdował się obok kuchni, a z kuchennych okien widać było ogród sąsiadów. Pod oknami był mały dziedziniec otoczony kamiennym murem, a obok ściany domu znajdowała się niska ławka, na której prowadziliśmy rozmowy, na przykład o tajemnicy Akashy. Na tylny dziedziniec wychodziły jeszcze okna piwnicy. Franz Bardon wykonywał całą wstępną pracę nad ziołami właśnie w piwnicy: suszenie, cięcie i wyciskanie, a gdy wszystko było gotowe, umieszczał je w butelkach. W przedpokoju piwnicy stał palnik gazowy i właśnie tam Mistrz pokazał mi, w jaki sposób tworzy się kondensator fluidów z drobinkami złota. W tym czasie była to tajemnica znana jedynie wtajemniczonym, gdyż czas publikacji Wtajemniczenia do Hermetyzmu jeszcze nie nadszedł.
Przy oknie w jego gabinecie stał obity fotel, a bezpośrednio przed oknem stał okrągły stół przykryty szklanym blatem, pod którym znajdowała się plansza ze znakami zodiaku i alfabetem. Na środku stołu stała kryształowa kula, której używał do jasnowidzenia. Na ścianie nad fotelem wisiał obraz Maha Lakshmi, a czasami był to obraz Maha Devi lub innych istot. Resztę ściany wypełniały półki wypełnione różnymi obiektami i książkami. W rogu obok fotela stało pudełko wypełnione papierem do pisania, którego Mistrz używał do sporządzania notatek i horoskopów. Po drugiej stronie stołu stała obita kanapa dla pacjentów i klientów. Siedziałem na niej, gdy Mistrz wyjaśniał mi praktykę z planszą i wahadłem oraz gdy uczył mnie pisania astralnego, jak kontaktować się ze zmarłymi ludźmi i z osobistym aniołem stróżem.
W tym czasie zacząłem studiować medycynę. Jeszcze jedno zdarzenie przypomina mi o gabinecie Mistrza. Mistrz nauczył mnie tutaj jak przygotowywać lekarstwa Akashy. Nie muszę podkreślać, że przyrządy nie są ich najważniejszym składnikiem.
Obok gabinetu była sypialnia Mistrza. Czasami tam zaglądałem, gdy Mistrz spał. Będąc w tym czasie na poziomie hermetycznego embrionu nie mogłem zrozumieć, dlaczego Mistrz nie uleczy samego siebie, pomimo, że kilka razy mówił mi, że przez przejęcie ciała, przejął na siebie również karmę faktycznego Franza Bardona. Nie mógł zatem swoimi magicznymi zdolnościami wpływać na karmę odziedziczonego ciała.
Miał nadwagę i cierpiał z powodu kamieni żółciowych. Poza tym, jego trzustka ulegała stopniowemu rozpadowi, co ostatecznie spowodowało jego śmierć. Ból, który towarzyszy rozpadowi trzustki jest najcięższym, jakiego może doświadczyć człowiek. Na dodatek miał niedoczynność tarczycy, która skutkowała zmęczeniem, zobojętnieniem, sennością, brakiem siły woli i koncentracji. Jaką musiał on posiadać siłę woli, by stworzyć to co stworzył! Żaden zwykły śmiertelnik nie może sobie wyobrazić czego dokonał Franz Bardon, a co dopiero stworzyć to samo.
Na swoje choroby brał normalne lekarstwa z apteki, gdyż nie mógł używać swoich własnych preparatów. W rozmowie wspomniał kiedyś, że złamał uniwersalne prawa, gdy raz zażył kwintesencję na wysokie ciśnienie krwi i od tego czasu cierpiał na niskie ciśnienie krwi, które uczyniło go jeszcze bardziej sennym. Aby zapobiegać zmęczeniu, pił mocną kawę i palił papierosy. Poza tymi rzeczami nie można było niczego zauważyć. Zawsze był pełen energii i zawsze był w dobrym humorze, za wyjątkiem swych ostatnich dni na ziemi, kiedy cierpiał przez niewdzięczność ludzi, dla których poświęcił wiele lat. Powiedział mi to osobiście. Nigdy nie widziałem go złego, nigdy nie widziałem, żeby się skarżył lub przeklął, za wyjątkiem momentów, gdy odgrywał jakąś scenkę lub kogoś naśladował. Zaskoczyło mnie to i Mistrz wyjaśnił mi, że kiedyś był rolnik, który go nie lubił; znajdował przyjemność w przejeżdżaniu obok Mistrza galopując na koniu i ochlapując go wodą z kałuż. Raz, gdy to się zdarzyło, z jego ust wyrwało się przekleństwo. Kiedy wymówił magiczne słowo, konie natychmiast zostały sparaliżowane i musiał wynagrodzić szkodę, jaką uczynił rolnikowi dając mu dobre plony. Dlatego Mistrz ostrzegał mnie ciągle, bym był świadom swoich mocy i rozróżniał, kiedy mówię jako normalny człowiek, a kiedy jako hermetyk, gdyż ostatecznie będę musiał ponieść stosowną odpowiedzialność.
Ogólnie, Mistrz mnie bardzo lubił, gdyż byłem typem wesołka i często go rozbawiałem. Powiedział mi, że przypominam mu przyjaciela, który również był bardzo zabawny, lecz ostatecznie źle skończył. Miało to miejsce gdy Mistrz był w niewoli. Jego przyjaciel był bity przez gestapo, więc użył kabalistycznej formuły i jego oprawca został natychmiast sparaliżowany, a chwilę potem drugi żołnierz go zastrzelił. Mistrz opowiadał mi również o więzieniu w czasach nazistowskich, kiedy to wielokrotnie go bito, szczególnie po krzyżu i od tamtej pory nie ma czucia na tym obszarze ciała. Opowiadał również o tym, jak odmówił współpracy z czarną lożą dziewięćdziesięciu dziewięciu, za co został przydzielony do oddziału śmierci, gdzie musiał zbierać i wyrzucać głowy osób zabitych gilotyną. Uciekł z więzienia, gdy zostało ono częściowo zniszczone podczas nalotu pod koniec II Wojny Światowej.
Po wojnie, w 1949 roku, Franz Bardon został aresztowany w Opawie. Jedyna różnica polegała na tym, że teraz władzę mieli komuniści. Został oskarżony o bycie szarlatanem i bez przedstawienia żadnych dowodów został skazany na ciężką pracę. Udało mu się jednak symulować epilepsję, dzięki czemu uwolniono go po około dwóch miesiącach. Z obozu pracy przemycił do mnie list, by dać znać swojej żonie, gdzie się znajdował i czego potrzebował. Zaniepokoiło mnie to, gdyż studiowałem wtedy medycynę i gdyby ktoś się dowiedział o tym liście, to kosztowałoby mnie to karierę. Franz Bardon został aresztowany ponownie 26 marca 1958 roku w swoim domu w Opawie, przy ulicy Obloukova 22, w Czechosłowacji, a ja podzieliłem jego los. Został oskarżony głównie o nielegalną produkcję lekarstw. Wiele jego leczniczych substancji było tworzonych zgodnie z procesami alchemicznymi. Lecz zanim jego sprawa trafiła do sądu, Mistrz zmarł w szpitalu więziennym, w którym pracowałem. Niestety nie byłem świadom, że Mistrz wtedy się tam znajdował. Pomimo tego, zostałem skazany za pomoc przy nielegalnej produkcji lekarstw, gdyż dostarczałem Franzowi Bardonowi różnych składników do ich tworzenia. Chociaż Franz Bardon już wtedy nie żył, ja musiałem odsłużyć swój wyrok.
Moje prawo wykonywania zawodu zostało cofnięte i zostałem skazany na ciężką pracę w kopalni. Te wydarzenia przyczyniły się do śmierci mojej żony, lecz mimo wszystko dalej byłem prowadzony przez Boską Opatrzność na ścieżce największego Mistrza. Jestem szczęśliwy i wdzięczny, że jako jeden z kilku wybranych, miałem okazję wzrastać do dzisiaj pod jego osobistym prowadzeniem i ochroną, na ścieżce, która nie ma końca. W tej chwili nie mogę zdradzić niczego więcej, gdyż pieczęć tajemnicy nie została jeszcze całkowicie zdjęta.
Istnieją różne systemy, dzięki którym można dosięgnąć Boga. Chociaż okcydentalna ścieżka Mistrza jest najwyraźniejszą, najczystszą, najbardziej zrozumiałą i najkrótszą, jest też odpowiednio trudna. Im bardziej ostra i wysoka jest góra, tym trudniejsze i wymagające większej pracy jest wspinanie się na nią. Pomimo tego, możliwe jest w przeciągu jednego życia przepracować trzy książki Mistrza. Był on tego świadom, gdy pisał drugą książkę, Praktyka Magicznej Ewokacji. W trzeciej książce, Klucz do Prawdziwej Kabały, napisał mi dedykację: "mojemu przyjacielowi i uczniowi na pamiątkę". W różnych listach, które zostały skonfiskowane w chwili jego aresztowania, Mistrz podpisywał się tak, jak robią to członkowie Zakonu Różokrzyżowców.
Nauczył mnie, jak korzystać z każdej sekundy, każdej minuty mojego życia dla pożytku innych ludzi, w najgłębszym uniżeniu wobec Boskiej Opatrzności. Pomimo wszystkich trudnych chwil w moim życiu, nigdy się nie bałem; zamiast tego, ufałem mu i wierzyłem. Trudności w życiu nie są karą, lecz lekcją, a czasami są testem, czy dana osoba naprawdę i szczerze pragnie duchowego rozwoju. Jeśli chcesz zbliżyć się do doskonałości, to musisz być przygotowany, by tak jak Abraham, poświęcić to, co kochasz najbardziej (w tym przypadku był to jego syn, Izaak) i musisz być przygotowany na konfrontację z najtrudniejszymi problemami. Okoliczności życia zawsze mogą się pogorszyć. Lecz nie istnieje zadanie tak trudne, by nie można było rozwinąć w sobie mocy koniecznej do ukończenia go. W przeciwnym wypadku, Boska Opatrzność nie dałaby nam takiego testu.