Znana niemiecka piosenka o klownie zaczyna się słowami "O, mój tato". Mój ojciec bardzo lubił tę piosenkę i często odtwarzał ją na swoim magnetofonie. Mój ojciec, Franz Bardon, urodził się 1 grudnia 1909 roku w mieście Troppau/Opava[1] w Czechach. Był pierwszym synem Viktora Bardona i jego żony Hedwiki Herodkowej. Dziadek pracował w fabryce tekstylnej w Troppau, gdzie przygotowywał krosna tkackie dla firmy Juta. Chociaż w ogóle nie pamiętam dziadka, to wiem, że spędzał swój wolny czas na studiowaniu hermetyzmu. Miałem sześć lat, gdy spadł z drzewa podczas zbierania kwiatów lipy i zmarł. Pamiętam jednak jego pogrzeb, który odbył się podczas II wojny światowej, gdyż byłem na nim obecny.
Ojciec był najstarszym dzieckiem i musiał pomagać w opiece nad rodzeństwem. Jego rodzice mieli dwanaścioro dzieci, lecz większość z nich umarła w dzieciństwie. Jedynie jego cztery siostry, Stefania, Anna, Maria i Beatrycze, osiągnęły dojrzały wiek.
Gdy mój ojciec ukończył szkołę podstawową, rozpoczął praktykę zawodową jako mechanik maszyn do szycia w firmie Minerva. To właśnie wtedy nastąpiła w nim wielka zmiana, która opisywana jest w autobiografii Frabato. Wszyscy jego nauczyciele byli zdumieni, gdy zauważyli olbrzymie zmiany w jego osobowości i w stylu pisma. Mój dziadek Viktor uznał mojego ojca za swojego Guru, który został mu zesłany przez Boską Opatrzność. Niedługo potem ojciec zaczął ukazywać zdolności jasnowidzenia. Stał się dobrze znany w naszym regionie i wieści o jego zdolnościach zaczęły się rozchodzić. Dzięki temu ojciec miał duży krąg przyjaciół i znajomych. Dawał też publiczne wykłady na temat nadprzyrodzonych mocy pod pseudonimem "Frabato". Ta nazwa jest skrótem złożonym z Franz (FRA), Bardon (BA), Troppau Opava (TO).
Jeśli chodzi o sposób, w jaki poznali się mój ojciec i moja matka, chciałbym do wspomnień ucznia mojego ojca, dra M.K., dodać jedną rzecz. Moja matka usłyszała o zdolnościach mojego ojca. W tym czasie zabiegało o nią dwóch mężczyzn. Poszła do mojego ojca, by go zapytać, który z nich zostanie jej mężem. Wtedy sprawy przybrały taki bieg, jaki opisuje dr M.K.
Ojciec nie chciał mieć żadnych dzieci ze względu na bardzo ciężkie duchowe zadania, jakie go czekały, lecz moja matka nie chciała pozostać bezdzietną. Zgodził się więc na dzieci pod warunkiem, że ona sama będzie się nimi zajmowała. Przystała na ten warunek.
Miałem urodzić się 4 lutego 1937 roku, co zostało wyliczone przez znanego niemieckiego astrologa. Urodziłem się jednak 4 stycznia. Pewna kobieta znana mojemu ojcu również zaszła w ciążę w tym samym czasie co moja matka i jej syn urodził się 4 lutego i miał później szczególny talent do języków. Kiedy ojciec przybył na oddział położniczy szpitala w Troppau, położna próbowała go zwodzić, mówiąc mu, że urodziła mu się córka. Jednak ze względu na swoje zdolności, ojciec wiedział już, że miał syna. Ordynator powiedział mu, że prawdopodobnie nie przeżyję, a na dodatek urodziłem się mając jedną stopę całkowicie skręconą w kostce. Jednak w tym zakresie, mój przedwczesny poród okazał się korzystny, gdyż mięśnie, ścięgna i kostka były bardzo giętkie. Ojciec masował moją stopę leczniczymi ziołami przegotowanymi w wodzie i intensywnie ją rozćwiczał. Po miesiącu moja stopa była we właściwej pozycji i nikt nie mógł nawet rozpoznać, która z nóg była wcześniej zdeformowana.
Dzieciństwo i młodość spędziłem z matką i babką w Gillschwitz. Po czesku ta miejscowość nazywa się Kylesovice i znajduje się na przedmieściach Troppau/Opawy. Nie pamiętam wiele wydarzeń z czasów wojny. Pamiętam jednak koniec wojny, kiedy ojciec wrócił z obozu koncentracyjnego. Gdy nadchodzili alianci, ukrywaliśmy się przez dwa tygodnie w piwnicy domu w Gillschwitz, za towarzystwo mając jedynie buraki i ziemniaki. Tak jak każdy chłopiec w tamtych dniach, zebrałem dużą ilość amunicji i prochu. Pamiętam jak detonator granatu wybuchł mi w dłoniach gdy próbowałem go rozebrać przy pomocy kamienia. Ojciec opatrzył mi rany i szczypcami usunął odłamki z różnych miejsc ciała. Cztery miesiące po zagojeniu się tych ran, miałem kolejny wypadek. Razem z przyjaciółmi chcieliśmy odpalić proch w kanałach i doznałem oparzeń drugiego stopnia na twarzy, szyi i kończynach. Ojciec ponownie pomógł mi bandażując moje rany, chociaż na początku nie chciał mi pomagać, gdyż nie nauczyłem się niczego z pierwszego wypadku.
Ze względu na ogromny brak lekarzy, mój ojciec był przez pewien czas po wojnie administratorem szpitala Bei Rittner w Troppau. Będąc tam pomagał w leczeniu chorych. Pamiętam, że mieszkał w domu tuż obok szpitala. Po odejściu ze stanowiska administratora, kupił w Troppau dom na ulicy Obloukova 22 (po niemiecku Bogengasse), gdzie mieszkał do końca swojego życia.
Ojciec proponował, by moja matka przeniosła się do Troppau, gdyż miał on tam swoją praktykę, lecz ona nie chciała opuścić gospodarstwa i matki w Gillschwitz. Dlatego też ojciec musiał zatrudnić w Troppau gospodynię, która zajmowała się jego domem. Ojciec nie chciał pracować na polu i kiedy bywał u nas w Gillschwitz, matka próbowała wszystkiego, by skłonić go do pomocy w pracach na polu, lecz on odmawiał, gdyż miał do wykonania inne zadanie na tej ziemi.
Kiedy matka wysyłała mnie do ojca albo gdy czegoś od niego potrzebowała, to zazwyczaj jechałem do Troppau na rowerze. Mój ojciec odwiedzał nas w Gillschwitz regularnie, dwa razy w tygodniu. W środę przychodził wieczorem, a w niedzielę w południe na obiad. W te dni jego gosposia miała wolne, by odwiedzać swoja rodzinę w miejscowości Penkovic. Wieczorem szliśmy wszyscy razem do kina lub teatru. Latem po niedzielnym obiedzie chodziliśmy na krótkie spacery po okolicy, lecz często jeździliśmy też na dalsze wycieczki do miejscowości Gräfenberg, Desenik (góry Gesenke) i do innych miejsc. Ojciec odwiedzał też często przyjaciół i znajomych w Czechach, na Morawach i w Słowacji i wielu z nich uleczył z różnych przypadłości. Były wśród nich ważne osobistości życia politycznego i artystycznego, kompozytorzy, żona ministra itp.
Po wojnie, jako Frabato, zaczął dawać wykłady w różnych miejscach Czech, gdzie poza zwykłymi magicznymi trikami wykonywał również takie, którymi zwracał uwagę widowni na istnienie wyższych mocy. Pamiętam jedną z takich okazji, gdy jako chłopiec towarzyszyłem mu podczas wykładu i zbierałem od ludzi opłaty za wstęp gdyż osoba, która zazwyczaj to robiła, zachorowała. Poza tym występem pamiętam kilka innych, gdzie mój ojciec wykonywał eksperymenty hipnotyczne, odczytywał listy z zaklejonych kopert, odszukiwał przedmioty, które były ukryte, gdy miał zawiązane oczy i wiele innych, podobnych eksperymentów.
Zimą, ojciec podróżował pociągiem, a w gdy było ciepło, jeździł motocyklem. Na początku miał motocykl Java 100ccm, a potem kupił motocykl o pojemności 250ccm, który dostałem po ukończeniu szkoły, podczas gdy ojciec kupił sobie motocykl Java 350ccm. Przez niedługi czas po wojnie miał dwa samochody, lecz nie pamiętam ich marki ani modelu. Potem kupił starszy samochód, który trzymał przez kilka lat. Samochód nie jeździł zbyt szybko, lecz spełniał swoje zadanie.
Ojciec często zabierał mnie i moją siostrę na zbieranie ziół. Zbieraliśmy na przykład dziurawiec zwyczajny, skrzyp polny, babkę, rumianek, parzącą pokrzywę, liście brzozy, korzenie mniszka lekarskiego, wilżynę, liście głogu i wiele innych ziół. Dodatkowo, na polu za naszą stodołą, babcia sadziła kilka ziół takich jak ruta, melisa, piołun i kilka innych, których ojciec używał do przygotowywania leczących substancji. Poza ziołami, które są powszechnie znane jako lecznicze, zbieraliśmy również zioła, które są powszechnie znane jako chwasty, na przykład rdest. Ojciec mówił mi, że nawet chwasty zawierają lecznicze składniki i że każda roślina zawiera coś, co jest korzystne dla ludzi.
Co miesiąc ojciec jeździł do Pragi i zostawał tam tydzień. Zimą podróżował pociągiem, a potem samochodem. Kupił starszą Tatrę 74b, którą potem podarował swojemu najlepszemu uczniowi, a sam kupił sobie Volkswagena Garbusa z Niemiec.
W Pradze leczył pacjentów i prowadził wykłady dla swoich uczniów. W ostatnich latach swojego życia pisał książki z panią Votavową, jego asystentką. Czasami podczas wakacji towarzyszyłem mu w Pradze. Gdy tam był, często wychodził nocą, zawsze samemu. Podobno udawał się do Wyszechradu, gdzie znajduje się zamek, lecz również cmentarz najsławniejszych Czechów. Tam właśnie wykonywał swoje magiczne operacje, lecz nikt nie wie gdzie dokładnie to było, a on sam nigdy nie udostępnił nikomu tej informacji.
Gdy poszedłem do liceum w Opawie, dość często odwiedzałem ojca. W tym czasie podarował mi do przeczytania czeskie tłumaczenie nauk jogi, lecz czułem, że te pisma nie były wystarczająco zrozumiałe dla umysłu Europejczyka. Dużo później, gdy studiowałem medycynę, ojciec przesyłał mi kolejne części czeskiego tłumaczenia swojej pierwszej książki - Wtajemniczenie do Hermetyzmu. Pierwotnie miała ona mieć tytuł Brama prawdziwego wtajemniczenia, jednak wydawca musiał to zmienić, gdyż istniała już książka o takim tytule.
W naszych okolicach powszechnie wiedziano, że ojciec zajmował się nadnaturalnymi mocami. Na przykład, pomagał odnajdować topielców; przy pomocy fotografii dokładnie wskazywał, gdzie znajdowało się ciało takiej osoby. Krewnym i przyjaciołom osób, które zaginęły podczas wojny, przekazywał informację o ich sytuacji. Jeszcze innym przewidywał przyszłość. Jego specjalne zdolności były również znane uczniom i nauczycielom liceum w Troppau. Przypomina mi się jedna sytuacja: koleżanka odkryła, że zginęły jej pieniądze i nie mogła ich nigdzie znaleźć. Przyjęto, że ktoś te pieniądze ukradł, lecz moi koledzy nakłonili mnie, bym poprosił ojca o pomoc w związku z tym problemem. Kiedy przybyłem do jego domu, on wiedział już dlaczego przyszedłem i odesłał mnie z powrotem z uwagą, że wszystko już się wyjaśniło.
Nie powiedział nic więcej. Kiedy wróciłem do klasy, pieniądze już się znalazły i do dzisiaj nie wiem, jak to się stało.
Chciałbym uzupełnić opis domu mojego ojca w Troppau, jaki podaje dr M.K. Na ścianie gabinetu, po prawej stronie wisiał portret tajemniczego człowieka o przenikliwym spojrzeniu. Kiedy zapytałem, czyj to był portret, ojciec odpowiedział, że był to Mahum-Tah-Ta, mędrzec z gór. To wszystko, co kiedykolwiek powiedział o tym człowieku. Jakiś czas później, na tej samej ścianie znalazły się dwa duże wykresy przedstawiające ludzkie ciało z przodu i z tyłu, z zaznaczeniem różnych punktów akupunktury. Raz widziałem na jego biurku mały metalowy talerzyk z woskiem i igłami do produkcji talizmanów. W poczekalni, która jest opisywana przez dra M.K., na jednym ze stołów stał jeden z pierwszych telewizorów, jakie były dostępne na czeskim rynku. Było to duże pudełko z małym ekranem.
Kiedy zacząłem studiować medycynę w Brünn (Brno), odwiedzałem ojca głównie w soboty. Gdy u niego byłem, zazwyczaj po kolacji oglądałem telewizję, co w tych czasach było dość rzadkie. Nigdy jednak nie widziałem, by ojciec oglądał jakikolwiek program telewizyjny. Po programie szedłem spać, lecz mój ojciec wciąż pracował. Wczesnym niedzielnym rankiem był już na nogach. Nie wiem, kiedy chodził spać i jak długo spał. Ale jeśli w ogóle sypiał, to bardzo mało. W niedzielę rano jechałem do domu matki, a ojciec pojawiał się tam w porze obiadu.
Kuchnia domu w Troppau wyglądała tak, jak opisuje ją dr M.K. Właśnie tutaj ojciec wykonywał całą destylację, redestylację, filtrowanie, dekantację itp. oraz przygotowywał swoje lekarstwa. Był to raj, pełen zapachów i kolorów. Zawsze podziwiałem to, że destylat zmieniał kolor przy kolejnych destylacjach, od przezroczystego czerwonego do niebieskiego lub złotożółtego. W domu ojca było również małe mieszkanie z salonem dla gości, którzy przyjeżdżali głównie z Niemiec, Szwajcarii i Austrii. W salonie na ścianach wisiały obrazy różnych istot elementów, a na stole leżała jasnofioletowa popielniczka i waza tego samego koloru. Ojciec bardzo lubił ten kolor.
Dr M.K. wspomina również, że ojciec palił 40-60 papierosów dziennie. Były to papierosy "Femina", wykonane z korzeni roślin tytoniowych, które pachniały jak nostrzyk. Nie paliły się długo. Zauważyłem również, że czasami ojciec palił do północy w sylwestrową noc, a potem nie palił przez cały rok. Mówił, że robił to dla wzmocnienia swojej woli. Jednak w następnym roku znowu palił.
Lubił również czarną kawę. Pamiętam, że jednego wieczoru spojrzał do filiżanki kawy i powiedział nam co nasz znajomy robił w tym czasie. Nie był na żadnej diecie i odżywiał się tak, jak wszyscy. Moja matka powiedziała mi jednak, że jeszcze przed moimi narodzinami utrzymywał ścisłą wegetariańską dietę przez czterdzieści dni w przygotowaniu do jakiejś magicznej operacji.
W młodości ojciec robił zdjęcia z użyciem filtrów. Fotografował istoty elementów. Na jednej z fotografii, na skrzyżowaniu w lesie widać było sylfa, a na innej rusałkę przy strumieniu. Na fotografii z rusałką można było zobaczyć owalną poświatę skondensowanego elementu otaczającą jej postać. Ojciec pokazał mi również fotografię męskiego wodnego ducha; zdjęcie jednak było robione z daleka i jego postać była bardzo mała.
Strych w domu mojego ojca wypełniony był różnymi suszonymi ziołami i owocami jałowca. Były tam również i inne rzeczy. Jednak dla mnie dużo bardziej interesująca była piwnica, gdyż stały tam półki z dużymi butelkami zawierającymi tynktury, esencje, preparaty spagiryczne i kwintesencje we wszystkich kolorach. Znajdowały się tam również zatkane szklanymi korkami flakoniki zawierające sole chemiczne oraz blaszane puszki z czystymi metalami takimi jak antymon, do tworzenia różnych stopów i do operacji magnetycznych. Inne butelki zawierały rtęć i substancje niemetaliczne jak siarkę, fosfor itp. Tutaj ojciec mieszał roztwory dla leczenia pacjentów. Kiedy miałem czternaście lat zacząłem hodować pszczoły i dostarczałem ojcu miodu do produkcji leków.
W wigilię, ojciec zawsze był z nami w Gillschwitz. Zawsze przychodził przed wieczornym posiłkiem i przynosił dla wszystkich prezenty, które podawał mojej matce sekretnie przez okno, byśmy ich razem z moją siostrą nie dostrzegli. Matka układała je pod choinką. Kolacja rozpoczynała się gdy niebo rozświetliła pierwsza gwiazda. W wigilię zawsze patrzyliśmy na niebo, o ile było przejrzyste, czekając na pierwszą gwiazdkę. Rzadko jednak można było ją zobaczyć. Gdy zbieraliśmy się przy stole przed posiłkiem, ojciec zawsze wstawał. Wszyscy dołączaliśmy do niego i razem odmawialiśmy Ojcze Nasz. Potem dziękował Bogu za dary i życzył nam wszystkim zdrowia i radości w nadchodzącym roku. Gdy skończył, przystępowaliśmy do posiłku. Zgodnie z tradycją, wieczerza składała się ze smażonego karpia z sałatką ziemniaczaną i klusek śląskich z sosem Wilja. Ten sos składa się z dżemu śliwkowego, rodzynek, migdałów, orzechów i suszonych owoców. Po kolacji łupaliśmy orzechy i przecinaliśmy jabłka na krzyż, by sprawdzić, czy gwiazda torebki z nasionami jest równoboczna. Zgodnie z tradycją był to dobry znak, że pozostaniemy zdrowi w nadchodzącym roku i że znowu zbierzemy się przy choince. Następnie ojciec szedł do sąsiedniego pokoju, gdzie dzwonił małym dzwoneczkiem i przywoływał Chrystusowe Dziecię mówiąc Mu, że dzieci były grzeczne cały rok i że trzeba dać im wiele prezentów.
Przed wieczerzą wigilijną robiliśmy również zdjęcia. Fotografie ojca pochodzą z tego czasu. Miałem wtedy dwanaście lat. Nie mieliśmy wtedy światłomierza i dlatego niektóre z tych zdjęć są niedoświetlone albo prześwietlone. W 1956 roku, od znajomego ze Szwajcarii, ojciec otrzymał w prezencie aparat Leica F3. Robiłem tym aparatem zdjęcia aż do końca życia mojego ojca. W momencie jego aresztowania, aparat znajdował się w Gillschwitz i dlatego policja go nie skonfiskowała. Do dzisiejszego dnia ten aparat działa i jest dla mnie pamiątką po ojcu. Z pamiątek posiadam jeszcze starą maszynę do pisania firmy Mercedes. Ojciec dał mi również swoją książkę z własnoręczną dedykacją.
Pamiętam, że pewnego razu poszliśmy z ojcem na spacer po lesie, w pobliżu miejscowości Hradetz. Szliśmy po łące, gdy ojciec zatrzymał się i spojrzał na źródełko wody. Gdy zapytałem go, na co patrzy, odpowiedział, że jest tam satyr. To wszystko co powiedział. Ja oczywiście niczego nie widziałem. Raz, gdy chodziliśmy po kopalni, ojciec powiedział, że są tam gnomy. Innym razem powiedział mi, że pewnego dnia, gdy siedział w samochodzie, rusałka sprowadziła na samochód błyskawicę, gdyż wykonała dla niego pewne przysługi, a on zapomniał jej podziękować.
Pamiętam szczególnie rozmowę z ojcem po wigilii 1957 roku. Powiedział, żebym go zawsze dobrze wspominał i bym nie wierzył ludziom mówiącym złe rzeczy na jego temat i powtarzającym uwłaczające mu uwagi. Ojciec wiedział już wtedy, że wkrótce zostanie aresztowany, co zaowocuje końcem jego życia na ziemi. Początkowo myślałem, że jego czas jeszcze nie nadszedł i że będzie z nami długo. Wkrótce jednak jego przeczucie stało się rzeczywistością. Na początku kwietnia 1958 roku wracałem do domu z uniwersytetu w Brnie i zdecydowałem się po drodze odwiedzić ojca. Gdy zadzwoniłem do drzwi, gosposia otworzyła okno na piętrze i powiedziała, że mój ojciec został aresztowany. Z tego powodu cały dom został zapieczętowany. Gdy rozmawiałem z gosposią, była tam również pewna Niemka, która chciała się widzieć z moim ojcem. Nazywała się Gelinde R. Z grzeczności odwiozłem ją na dworzec kolejowy.
W czasie, gdy ojciec był uwięziony, musiałem znosić różne pomówienia ze strony tajnej policji. Wiedziałem, że te rzeczy są całkiem fałszywym i podstępnym wykrzywianiem obrazu mojego ojca. Pamiętałem jego słowa i oczywiście nie wierzyłem tym pomówieniom. Ostatni raz widziałem ojca w czerwcu 1958 roku. Odwiedziłem go z matką w Ostrawie, gdzie był przesłuchiwany.
W tym czasie moja siostra i matka pracowały zajmując się cielętami dla przedsiębiorstwa gminnego. Siostra zaraziła się od zwierząt grzybicą skóry. Choroba rozprzestrzeniła się po całym jej ciele i siostra nie mogła pokazywać się publicznie. Poszła do lekarza, lecz standardowa medycyna zawiodła. Naturalnie, zapytaliśmy ojca co można z tym zrobić. Zalecił kompresy z wyciągu z pokrzywy. Dzięki nim, stan skóry stopniowo się poprawiał, a po miesiącu siostra była całkiem zdrowa. Była ostatnim pacjentem naszego ojca, chociaż samo leczenie nie było bezpośrednie.
Podczas tej wizyty, kiedy ostatni raz widziałem ojca, wyraził on życzenie, by moja matka wysłała mu do więzienia kawałek wędzonego boczku, gdyż miał na niego ochotę. Spełniła to ostatnie życzenie. Po zjedzeniu boczku, ojciec dostał ciężkich bólów brzucha. Strażnicy mieli jednak wrażenie, że ojciec jedynie symuluje ból. Ostatecznie, po trzech dniach ciężkiego bólu, został przeniesiony z Ostrawy do szpitala więziennego w Brnie, gdzie zmarł 10 lipca 1958 roku na zapalenie trzustki.
Po jego śmierci, nikomu z najbliższej rodziny nie pozwolono go zobaczyć. Jego szczątki zostały w galwanizowanej trumnie odesłane do Ostrawy, gdzie odbyły się ceremonie pogrzebowe. Zgodę na uczestnictwo w nich mieli tylko najbliżsi znajomi i krewni, których zawiadomiliśmy telefonicznie i listownie. Nie pozwolono nam opublikować w gazetach nekrologu, gdyż policja bała się, że mogłoby przyjść na pogrzeb zbyt wiele osób, co mogło spowodować nieprzewidziane problemy. Po pogrzebie oddano nam jego rzeczy osobiste: garnitur, zegarek i obrączkę. Chociaż ojciec nie został nigdy skazany, pozostałe jego własności, złote pierścienie z kamieniami, złote talizmany, które nosił na szyi, zostały skonfiskowane przez państwo. Ojciec miał stanąć przed sądem, gdyż oskarżono go o produkcję leków przy użyciu alkoholu, za który nie płacił podatków. Dodatkowo był oskarżony o zdradę stanu, gdyż napisał list do Australii, który miał zawierać złe słowa o Czechosłowacji, a tym samym oczerniał nasze socjalistyczne państwo. Kiedy oddawano nam rzeczy ojca na komisariacie w Ostrawie, oficer, który go wcześniej przesłuchiwał, spytał nas, czy wiemy że wykonano na jego ciele dwie autopsje. Przekazał nam również nazwisko osoby, która zażądała drugiej autopsji. Nie mieliśmy o tym najmniejszego pojęcia. Istniały również plotki o tym, że ojciec wciąż żyje i został deportowany do Rosji, by pokazać jak przygotowuje swoje lekarstwa.
Wśród jego osobistych rzeczy było również małe pudełko, relikwia, które zabrał z czarnej loży, gdy nie mógł dłużej przyglądać się ich kryminalnej działalności.
Po aresztowaniu ojca, moja matka i siostra wspierały mnie finansowo, gdyż pozostało mi jeszcze trzy i pół roku studiów. Musiały ciężko pracować w nieludzkich warunkach, dla gminy w Gillschwitz, zajmując się wspomnianymi cielętami. Płace były bardzo niskie: zarabiały mniej niż 10 koron na dzień. Nie dostałem też żadnego stypendium, gdyż władze uniwersytetu uważały, że nie powinno się studiować, jeśli nie ma się na to pieniędzy. Mimo wszystko, byłem bardzo szczęśliwy mogąc ukończyć studia, chociaż cały ten czas żyłem w lęku przed wydaleniem z powodów politycznych. Dlatego też dziękuję Boskiej Opatrzności za to, że pozwoliła mi ukończyć studia w tych trudnych czasach.
Siostra powiedziała mi, że ojciec po śmierci przyszedł do niej we śnie i powiedział, że wyjdzie ona za mąż i będzie miała pięcioro dzieci; wszystko to się spełniło. Nie powiedziała mi jednak nic więcej o sprawach, jakie omawiali w tym śnie.
Po 35 latach, 23 czerwca 1990 roku, odbyło się spotkanie absolwentów mojej szkoły w Troppau. Spotkałem koleżankę z klasy, która powiedziała mi, że w grudniu 1957 roku poszła z przyjaciółką odwiedzić mojego ojca. Przyjaciółka chciała dowiedzieć się czegoś o swojej przyszłości. Chociaż ta koleżanka nie przyszła tam w tym celu, to ojciec zawołał ją do swojego gabinetu i przepowiedział jej całą przyszłość aż do momentu gdy skończy 50 lat. Miała jeden trudny rok i w tym zakresie ojciec nie podał jej żadnych szczegółów. Jednak wszystkie inne przepowiednie się spełniły i do dzisiejszego dnia wspomina ona mojego ojca z najwyższych zachwytem.
W czasie, gdy ojciec wciąż żył wśród nas, wydawał mi się takim samym człowiekiem jak inni. Był w ten sposób również postrzegany przez wszystkich ludzi w naszym sąsiedztwie. W wyglądzie i zachowaniu nie różnił się zbytnio od prostego człowieka ze wsi. Miał niezwykłą zdolność dostosowywania się do każdej sytuacji i warunków, jakie były wymagane. Dużo później, w świetle jego prac, zdałem sobie sprawę, że był gigantem, który wcielił się na ziemi by nieść ludziom światło, poprzez które mogą przełamywać ciemność niewiedzy i iść ku Bogu.
Ojciec powiedział mi również, że podpis pod dedykacją dla mojej matki, jaki złożył w swej drugiej książce, był dokładnie taki, jakiego używał jako Różokrzyżowiec w jednym z wcześniejszych wcieleń.
[1]Troppau to niemiecka, okupacyjna nazwa czeskiej miejscowości Opava - przyp. tłum.