>> Szczerze mówiąc, słuchanie o codziennych troskach większości ludzi zaczyna być obowiązkiem. Jestem pewien, że ludzie zauważają to nowe zachowanie. Zauważam nawet ludzi, którzy się złoszczą, gdy wybieram nie "uczestniczenie" w ich emocjach tak jak robiłem to wcześniej. Wybieram również utrzymywanie mojego duchowego życia prywatnym i nigdy o tym nie rozmawiam, lecz zawsze istnieją ludzie, którzy zauważają pewne rzeczy... czy ktoś tutaj ma podobne doświadczenia i może poradzić coś, jak radzić sobie z ludźmi, by nie zadawali pytań w tym świecie złudzeń? (nie należy tego odbierać jako zniżania się). <<
No cóż, niezależnie od sposobu, w jaki to czytam, ciągle brzmi to zniżająco, a co najmniej podzieliłeś świat na "ludzi takich jak ja" i "ludzi takich jak oni". Myślę, że jest to dość powszechne stadium introspekcji / pracy ze zmianą siebie, kiedy kierujemy na zewnątrz to, co powinno być kierowane tylko do wewnątrz - osąd.
Sugeruję, byś bardzo dokładnie zbadał te uczucia - czym one naprawdę są. Generalnie, jest to aspekt potrzeby poczucia wyższości wobec innych by czuć się wobec siebie "w porządku". Jest to obniżanie innych, by podnieść samego siebie. Końcowym rezultatem jest to, że taka osoba zostaje całkiem sama.
Istnieje stare powiedzenie, że to co przeszkadza nam w innych, to rzeczy, które przeszkadzają nam w sobie. Kiedy zachowanie innych wywołuje nasz osąd, oznacza to, że postrzegamy te same tendencje w sobie, lecz nie przyznajemy się do tego, więc spoglądamy na tych ludzi z góry, co ma ukryć rzeczy wewnątrz nas. W ten sposób unikamy odpowiedzialności za to co znajduje się w naszym wnętrzu. Jednak ścieżka transformacji charakteru wymaga od nas czegoś więcej. Wymaga, byśmy skierowali promień lasera do wewnątrz i wykorzenili tę skłonność *w nas samych*. To jak druga osoba reaguje, to jej sprawa, lecz to, jak *ty* reagujesz, to *twoja* sprawa.
Wszystkiego dobrego,
:) Rawn Clark
20 listopada 2003
>> Mój przyjaciel polecił mi, bym zajął się wolontariatem na rzecz innych ludzi - wierzy on, że to pomaga połączyć się z ludźmi i rozwinąć głębszą miłość wobec ludzkości. <<
Może, lecz nie kiedy jest to wykonywane z pobudek egoistycznych. Jeśli podchodzisz do tego z myślą, co *ty* możesz z tego mieć, a nie po prostu *robisz to dla innych*, to nie jest to *dawanie*. Zamiast tego jest to subtelniejsza wersja *brania*. To dawanie jest tym, co rozwija współczucie, a nie branie.
>> Podczas moich medytacji ostatniej nocy, przypomniało mi się, że istnieją ludzie jak Victor Frankl, którzy nie osądzają swoich wrogów i są w stanie tworzyć wewnątrz siebie pokój. Jest to dość duża rzecz, zwarzywszy na okoliczności. <<
Kluczem jest tutaj rozpoznanie samego siebie w innych. Rozpoczyna się to na poziomie przyziemnej jaźni. Na przykład, gdy napotykasz kogoś, kto utkwił w małostkowej, powierzchniowej egzystencji życia, widzisz swoją przeszłą jaźń, która kiedyś prowadziła taki sam rodzaj życia. Pamiętasz, jak bolesne i wyblakłe było to życie w porównaniu do obecnego i czujesz współczucie wobec ich sytuacji, która kiedyś była twoją własną. Widzisz kogoś, kogo ponosi gniew i widzisz wszystkie te razy, gdy ciebie również poniosło. Innymi słowy, współczucie dla innej osoby jest przede wszystkim rozpoznaniem, jak bardzo podobni jesteście, a wtedy miłość, jaką masz dla swojej jaźni, przelewa się na tę osobę z powodu waszej wspólności.
Gdy indywidualna świadomość się rozszerza i przychodzą wspomnienia własnych wcześniejszych wcieleń, doświadcza się wtedy wspólności z praktycznie każdym wyobrażalnym aktem, od najbardziej przerażającego, do najbardziej wzniosłego. A kiedy świadomość scala się z Boskością, dzielisz wspólność z *każdą* rzeczą, osobą, czym, kim, gdzie i dlaczego.
Wszystkiego dobrego,
:) Rawn Clark
21 listopada 2003